Jeśli nie zauważyliście, na Facebooku od paru dni funkcjonują subskrypcje. To coś, na co wszelkiej maści blogerzy, podcasterzy i inne “ciekawe osoby” czekały z utęsknieniem. Dotąd wyglądało to tak: głupio zakładać sobie konto jako “osoba publiczna”, ale jednocześnie znajduje się masa ludzi, którzy chcą takiego osobnika dodać do znajomych, bo są fanami jego działalności.
Rozwiązywaliśmy to z reguły za pomocą list na Facebooku. To taka funkcja, która działa dokładnie tak samo jak Kręgi w Google+, ale jest dostępna od połowy 2009 a Mark Zuckerberg nie udaje, że to rewolucja. Tworzyliśmy sobie więc takie listy (u mnie “Nieznajomi” a np. u Piotrka Koniecznego “wtfppl” – świetna nazwa) i potem ukrywaliśmy przed nimi praktycznie wszystko. Czyli niby byli znajomymi, ale jakby nie do końca – czasem tylko wysyłaliśmy do nich “publiczne” statusy.
Teraz Facebook to uporządkował. Sytuacja jest następująca:
- Jeśli nic nie zrobisz ze swoim profilem, nic się dla Ciebie nie zmienia – to w kwestii wyjaśnienia tym, którzy nie wiedzą o co chodzi i nie rozumieją tych zmian;
- Jeśli jesteś blogerem, podcasterem, autorem czegokolwiek – możesz się oznaczyć jako osoba zezwalająca na subskrypcję. Wtedy inni będą Cię mogli dodawać do “obserwowanych”, co nie wymaga potwierdzenia – ale za to widzą tylko statusy, które oznaczysz jako Public;
A teraz przejdźmy do sedna – wszystko to jest bardzo fajne dla nas, jako użytkowników, ale zastanówmy się, w kogo uderzy w sensie biznesowym.
- Google+ oczywiście. Wiadomo, że cała ta zmiana jest podyktowana konkurencją ze społecznościówką Google. W maju pisałem na Spider’s Web (gościnnie :)) tak:
Kręgi w Google+ to nic innego, jak Listy w Facebooku, tylko obudowane ładnym interfejsem. Sam wielokrotnie tłumaczyłem znajomym, w jaki sposób mogą sobie pogrupować kontakty a potem np. wysyłać statusy tylko wybranym. Sami tego nie zauważyli.
Ale czy to wielki problem? Google pokazał, że taką rzecz trzeba tępakom podsunąć pod nos. Teraz wystarczy, że Facebook… podsunie. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że gdyby teraz dodał wszystkie nowe funkcje, którymi szczyci się G+, to większość jego użytkowników nawet nie wiedziałaby, że one istniały gdzieś wcześniej.
Trzymam się tego nadal. Było słuchać wujka Pawła, jak mówił, że nie ma co się przenosić na Google+ – trzeba po prostu poczekać.
- Twitter – niestety (bo lubię Twittera), wprowadzenie możliwości obserwowania na Facebooku, w połączeniu z publicznymi profilami Google+, może sprawić, że Twitter stanie się w zasadzie niepotrzebny. Obaj giganci mają na tyle wielu użytkowników, że masa z nich może uznać, że lepiej być w jednym miejscu, niż w dwóch. Nadal Twitter jest trochę inny – ale to “trochę” znacznie się zmniejszyło.
- Facebook – wbrew pozorom może się to odbić rykoszetem w kierunku… facebookowych fanpage. Sam widzę, że ostatnio wrzucam więcej publicznych statusów (możecie mnie subksrybować) niż wpisów na stronie playr. Jak wiele osób publicznych miało do tej pory jednocześnie fanpage i profil prywatny? Teraz staną przed wyborem i mogą czuć się nieco zagubieni, bo nie widać wielu różnic pomiędzy tymi formami.
Tak czy siak – ja się bardzo, bardzo cieszę: wreszcie nie będę musiał odbierać telefonów, maili, SMSów i listów z pogróżkami od czytelników, którzy chcą mnie mieć w znajomych. Mam nadzieję.
Blog wyświetla się teraz w zwężonej wersji. Żeby korzystać z wszystkich funkcji, powiększ okno przeglądarki.


