Są takie filmy, w których zakończenie jest znacznie ważniejsze niż początek, bo kompletnie zmienia spojrzenie na całość. Moim ulubionym przykładem jest Fight Club, który po obejrzeniu od razu chce się włączyć od nowa, żeby zrozumieć wszystkie szczegóły już znając zaskakujące zakończenie.
Ostatnimi czasy jednak zadziwiająco często trafiam na filmy, w których widać, że scenarzyści mieli jakiś pomysł na początek, realia, wątek główny czy bohatera, ale w pewnym momencie okazało się, że… nie bardzo wiedzieli co dalej z tym zrobić. W efekcie powstają filmy, które zaczynają się bardzo fajnie a potem… zawodzą.

Czym dłuższe kazanie, tym ksiądz bardziej nudzi?
Właśnie obejrzałem Priesta. Ot tak, od niechcenia. Przez pierwsze pół godziny byłem zachwycony. Oto mamy alternatywny świat, zniszczony wojną ludzi z wampirami (które tutaj bardziej przypominają obcych). Wojną wygraną dzięki świetnie wyszkolonym i utalentowanym Księżom – takim Jedi jakby (chociaż bardziej przypominają kleryków z Equilbrium). Wszędzie postapokaliptyczna pustynia, nie licząc cyberpunkowych, przeludnionych miast, w których twardą ręką rządzi totalitarnie Kościół.
Zaczyna się naprawdę fajnie. Niby nic oryginalnego – połączenie Matriksa, Equlibrium i Fallouta. Ale świat wciąga i już wiem, że chętnie sięgnę po komiks. Ale czym dalej w film, tym mniej ciekawie, a skończyło się na mocno sztampowym, przewidywalnym i nudnym jak flaki z olejem zakończeniu.
Bohaterowie ratują kogo trzeba, zabijają kogo trzeba, wszystko idzie gładko jakby scenarzysta pomyślał: “cholera, nie wiem co dalej, a materiał mam na dwie godziny – może po prostu skończę wszystko jak najszybciej się da”.
Od dobrego horroru do horroru klasy B w dwie godziny
Całkiem niedawno oglądałem inny, starszy film: Event Horizon. Cała fabuła polega na tym, że ludzie w dalekiej przyszłości zbudowali statek kosmiczny zdolny do podróży z prędkością nadświetlną. Niestety, podczas pierwszej wyprawy wraz z całą załogą zniknął.
Po siedmiu latach statek pojawia się ponownie, ale na pokładzie nikt nie daje znaku życia. Zostaje więc wysłana ekipa ratunkowa wraz z naukowcem, który wynalazł hipernapęd. Okazuje się, że statek jest opuszczony, w środku znajdują się okaleczone ciała załogi a do tego prawdopodobnie był w międzyczasie w innym wymiarze.

Pomijając zupełnie idiotyczny pomysł, że do takiego przedsięwzięcia wysyła się kilkuosobową ekipę ratunkową, która dopiero na miejscu dowiaduje się, co to za statek, pomysł na sam początek jest niezły. Klimat Obcego, ogromny, pusty statek. Pomysłów na to, co mógł przywlec ten okręt z drugiego końca Wszechświata jest multum.
Niestety, scenarzyści wybrali ten najbardziej sztampowy. W efekcie od połowy filmu mamy już tylko horror klasy B i niepotrzebne epatowanie okrucieństwem. Zaczyna być tak sztampowo, że nawet przestaje być strasznie.
Zagubieni w kosmosie
Z serialami jest zresztą tak samo. W zeszłym roku pojawił się Stargate Universe – kolejny w świecie Gwiezdnych Wrót. Początek serialu jest niesamowity, serio. Mamy dwudziestoparolatka, który opiekuje się chorą matką i gra w gry komputerowe. W jednej z nich rozwiązuje hipertrudną zagadkę matematyczną, która okazuje się być tam umieszczona przez naukowców z rządu. Jako wyjątkowy talent zostaje wdrożony w całą misję Stargate.
Okazuje się, że na jakiejś planecie bardzo, bardzo daleko, znajdują się Wrota, których dotąd nie udało się otworzyć. Bohater tam trafia i niedługo potem placówka zostaje zaatakowana przez Tajemniczych Obcych. Jedyną drogą ucieczki okazuje się być otwarta w ostatniej chwili międzywymiarowa brama.

Po drugiej stronie jest… statek kosmiczny w innej galaktyce, mający kilkadziesiąt tysięcy lat, opuszczony i częściowo zniszczony. W takie miejsce trafia kilkadziesiąt przypadkowych osób – od żołnierzy i naukowców po sanitariuszy i polityków. Mamy więc wspaniałe rozpoczęcie Zagubionych w wersji kosmicznej.
A potem równia pochyła. Czym dalej tym pomysłów mniej, zagadek mniej a nudy… coraz więcej. To co mogło być świetnym serialem, w pewnym momencie zaczęło być po prostu naciągane i sztampowe. Scenarzyści nie bardzo wiedzieli, co zrobić z bohaterami i z rozpoczętymi wątkami.
I tak dalej, i tak dalej…
Piszę o tym wszystkim, bo mam wrażenie, że takich filmów jest coraz więcej. Mam coraz częściej wrażenie, że produkowanie filmów to biznes w którym liczy się szybkość i jak tylko pojawia się pomysł, to bum! – trzeba go wykorzystać. Nie wiemy jak go dalej rozwinąć? Nieważne, wyjdzie w praniu.
Powstaje teraz prequel Thing, opowiadający o wydarzeniach w szwedzkiej bazie poprzedzających film Carpentera. Wiemy, że pomysł jest dobry, bo jest sprawdzony. Wiemy też, że zakończenie będzie prawdopodobnie niespójne z oryginałem. Czy twórcy nakręcili to, bo faktycznie mięli dobry pomysł na scenariusz, czy wykorzystali tylko sprawdzony przepis na to, jak zacząć, a skończą… obojętne jak, bo przecież i tak tłum pójdzie do kin?
Może przesadzam z narzekaniem, ale od pewnego czasu mam wrażenie, że filmy powstają właśnie w ten sposób. Bierzemy jakiś chwytliwy pomysł, potem dokładamy do niego napisany szybko scenariusz, wrzucamy masę efektów specjalnych, a na końcu najlepiej dodajmy 3D.
Serio, nie ma już miejsca na świeżość w komercyjnym kinie? Co jakiś czas pojawia się “moda” na jakiś gatunek. Po Władcy Pierścieni była moda na ekranizowanie książek fantasy. Przez jakiś czas ekranizowano wszystkie możliwe komiksy z DC/Marvela. W ostatnich latach obserwujemy modę na Bardziej Poważne i Mroczne Rebooty i wracanie do pomysłów sprzed 30 lat. Oczywiście czym więcej 3D, tym lepiej.
Wydaje mi się, że Holywood cierpi na brak pomysłów. Efekt tego jest taki, że jeśli jakikolwiek się pojawi – nieważne, czy to kolejny komiks, reboot czy remake sprawdzonej idei z lat 80 – to trzeba go wykorzystać. Czym szybciej tym lepiej. Nikt nie powie “wsadźmy ten świetny pomysł do szuflady, aż będziemy wiedzieli, jak go rozwinąć”. Jak tak dalej pójdzie, to świat filmu podzieli się na zaangażowane kino offowe i wypchane przesadzonymi efektami papki w 3D. Boję się tego.
Blog wyświetla się teraz w zwężonej wersji. Żeby korzystać z wszystkich funkcji, powiększ okno przeglądarki.


