Ostatnio wróciło Frugo. Pamiętam, jak piłem je nad morzem, 15 lat temu. W zasadzie niewiele więcej pamiętam z tamtego wyjazdu, oprócz tego, że wyszło wtedy Frugo, piłem je w kółko i było przepyszne. Odrodzonej wersji jeszcze nie spróbowałem. Boję się, że wspomnienia smakują lepiej niż produkt.
W końcu od tamtego czasu na rynku pojawił się srylion innych napojów. Może wtedy to było coś wyjątkowego, a dziś spróbowałbym i stwierdził, że smakuje jak połowa innych soczków w buteleczkach? To tak jak z grami komputerowymi (tak, wbrew pozorom pomiędzy tymi dwoma tematami jest sensowne połączenie).
Pamiętacie Red Faction? To była taka strzelanka. Bohater trafiał jako niewolnik na Marsa, gdzie totalitarna władza zmuszała ludzi do pracy w kopalniach. Potem w zasadzie spontanicznie wszczynał bunt.
Pamiętam to bardzo dokładnie. Najpierw beznadziejna sytuacja, potem nagle wszyscy zaczęli biegać, strzelać, rozwalać ściany. Totalny chaos. Przeszedłem tę grę chyba w ciągu jednej nocy, bo tak bardzo wkręciłem się w historię bohatera. Ba, w moją historię.
Potem gra pojawiła się chyba na płycie CD-Action. Zrobiłem durny błąd i ją odpaliłem. No i co? Nagle okazuje się, że dziś to już nie smakuje tak jak wtedy. Grafika trąci mychą, technologia poszła do przodu, scenariusz to w sumie jest sztampowy.
Albo Medal of Honor – drugowojenna strzelanka. Wszyscy pamiętają chyba słynną scenę lądowania Aliantów na plaży Omaha. W grze była jeden do jednego skopiowana z Szeregowca Ryana, ale po przejściu tej misji musiałem na chwilę przerwać grę i usiąść spokojnie, bo ręce mi się trzęsły.
Oto ja, gracz, wypadam z barki na plażę. Dookoła mnie wybuchy, krzyki, strzały. Koledzy wokół padają, wszędzie jest krew zmieszana z błotem i piachem. Sytuacja beznadziejna, dowódców krzyczących rozkazy ledwo słychać pomiędzy wybuchami bomb.
Po latach okazałem się na tyle głupi, że odpaliłem Medal of Honor niedługo po graniu w Call of Duty: Modern Warfare. Wszystko to co zapamiętałem niemal jak scenę z filmu okazało się być w sumie dość sztampowym teatrzykiem: proste tekstury, dziesiątki żołnierzy wyglądający identycznie, mgła ograniczająca zasięg (i zmniejszająca wymagania systemowe), zaprogramowane z góry animacje.
Takie przykłady można mnożyć. Nie tylko w przypadku gier komputerowych i jedzenia – w każdym przypadku. Czasem po prostu wspomnienia smakują lepiej.
W przypadku gier komputerowych jest tu chyba jeszcze jeden problem: wyobraźnia. Stare gry jej wymagały, więc we wspomnieniach nie widzimy tak naprawdę gier, tylko to co sobie wtedy wyobrażaliśmy. Nowe gry, pełne efekciarskiej grafiki, mają niskie wymagania sprzętowe w kwestii wyobraźni, a ona nieużywana zanika – więc jak nagle zobaczy się jakąś staroć, to przestaje robić wrażenie.
Idealny przykład: Fallout 2 i Fallout 3. Pierwsza i druga część to staroszkolne cRPG. Kultowe, genialne, ale… grafika składała się w zasadzie z kilkuset elementów, które poustawiane na różne sposoby tworzyły świat. Ludzie, budynki, szafy, stoły, drogi, komputery.
Jak można było rozróżniać postaci, skoro wyglądały tak samo (był jeden wizerunek staruszka, jeden seksownej kobiety, jeden mięśniaka itd.)? Było takie małe okienko, w którym pojawiały się opisy wszystkiego co widzieliśmy. Resztę już trzeba było sobie wyobrazić.
Fallout 3, jeszcze świeży, to gra innej epoki. Tu wszystko widać, niczego nie trzeba opisywać. To świetna gra. Naprawdę świetna. Ciekawa, wciągająca, efektowna. Ale gra.
Fallout 2 był przygodą rozgrywaną w wyobraźni, którą zapamiętam do końca życia. Fallout 3 był tylko fajną grą.
Więc na koniec tego melancholijnego felietonu, moje rady: nie grajcie w nowe gry, czytajcie książki żeby ćwiczyć wyobraźnię i nie pijcie Frugo.
Blog wyświetla się teraz w zwężonej wersji. Żeby korzystać z wszystkich funkcji, powiększ okno przeglądarki.


