Blog wyświetla się teraz w zwężonej wersji. Żeby korzystać z wszystkich funkcji, powiększ okno przeglądarki.

Autor

Na co dzień pracuję nad Ding.pl. Ciągle nie mam czasu na pisanie bloga. Na Twitterze też jestem.

Menu

Ja na Facebooku
Fanpage playr
Twitter
RSS
O autorze
Ding.pl
18:44

Słowo na niedzielę – dziesięć filmów, które mnie zawiodły

Dawno, dawno temu był sobie taki magazyn komputerowy, w którym ktoś wpadł na genialny pomysł oceniania gier według tabelki. Była więc wieeeelka tabela, z kilkudziesięcioma wierszami i setkami cyferek, w której na podstawie takich wartości jak “współczynnik cena/jakość”, “grywalność” albo “wymagania sprzętowe”, wyliczano średnią ocenę danego tytułu. Było to wzięte z bardzo głębokiej dupy, bo każdy rozsądnie myślący trzylatek wie, że recenzowanie czegokolwiek to kwestia bardzo indywidualna.

Podobnie jest z filmami. Kina nie da się ocenić prostolinijnie. Nie można powiedzieć, że jak film ma dużo wad to jest słaby, a jak ich nie ma to jest dobry. Są takie tytuły, o których wadach można rozmawiać godzinami, a i tak nam się podobają. Są też takie, do których w sumie ciężko się przyczepić, ale które w sumie z jakiegoś dziwnego powodu nas zawiodły. Dziś będzie o tych drugich, w ramach listy niedzielnych wpisów bez sensu.

Na początek jednak zdjęcie Olivii Wilde, które nie ma zbyt wiele wspólnego z tym tekstem, ale na pewno nie będziecie narzekać.

Olivia Wilde

Z reguły takie coś (film, który zawodzi – nie Olivia) zdarza się chyba w momencie, w którym z jakiegoś powodu oczekiwania dotyczące danego filmu były wygórowane, a potem okazał się on być… nie taki dobry, jakby mógł być. W każdym razie: moja lista produkcji, które mnie zawiodły. Bez większych spoilerów.

  • American Psycho – film, który stał się inspiracją dla tego tekstu. Jeden z tych, których obejrzenie długo odkładałem. W końcu zobaczyłem go parę miesięcy temu i… cholera wie co.

    Nie bardzo potrafię powiedzieć, co w nim było nie tak. Ba, do teraz wspominam niektóre sceny. Mogę wymieniać zalety: klimat, aktorstwo, muzyka. Mimo to z jakiegoś powodu po obejrzeniu czułem niedosyt.

    To jest jeden z tych filmów, które mają Tajemnicę. Jak “Fight Club”, “Vidocq” albo “Inni”. Tylko, że z reguły na taką Tajemnicę widzowie reagują głośnym “wow!”, a potem przewijają do początku, żeby jeszcze raz zobaczyć całość. Bo już wiedzą. W przypadku “Amerisan Psycho” zareagowałem tylko cichym “aha, to już?”.

  • Sherlock Holmes – Guy Ritchie postanowił zrobić nowy film o słynnym detektywie, przedstawiając go w formie nieznanej dotąd z ekranizacji. Wziął świetnych aktorów, wrzucił w świetną scenografię, dodał świetną muzykę… i kazał im grać badziewny scenariusz.

    Piękny przykład tego, jak skrypt napisany na kolanie, będący połączeniem “Scooby Doo” z “Tomb Raiderem”, może zepsuć świetnie zapowiadający się film. Do dziś nie mogę odżałować.

  • Piraci z Karaibów: Skrzynia Umarlaka – po cudownej, genialnej pierwszej części, przez dłuższy czas czekaliśmy na kontynuację. Kręcenie na raz dwóch części skończyło się identycznie jak w przypadku Matriksa – wrzuceniem do filmu wszystkiego co się da. W efekcie powstało dzieło, które niby ogląda się dobrze, śmiejąc się raz na jakiś czas, ale… to jednak nie to samo.

    W drugiej i trzeciej części “Piratów” zgubił się gdzieś klimat prostej opowieści o poszukiwaniu skarbu. Wrócił w czwartej części, ale tam znowu nie ma tylu świeżych, ciekawych pomysłów i zaskakujących gagów.

  • Osada – na pierwszy rzut oka: przepis na doskonały horror. Osada w środku mrocznego lasu, potwory, tajemnica i główna bohaterka w postaci ślepej dziewczyny. Problem w tym, że zaraz na początku potwory przestają być straszne, tajemnica wcale nie była taka zaskakująca a wysyłanie niewidomej na wyprawę przez las jest bardziej idiotyczne, niż przerażające.

    Nie mam pojęcia skąd się wziął taki szum wokół tego filmu, bo dla mnie był zwyczajnie kiepski.

  • TRON: Dziedzctwo – pisałem o tym w osobnym tekście. W skrócie: wybrałem się po tym, jak paru znajomych zachwalało go za klimat, geekowość i w ogóle miodność.

    Potem okazało się, że poza Olivią Wilde nie ma w tym filmie zbyt wiele godnego zapamiętania. Ot, przydługi teledysk Daft Punk. Niby trudno się do czegoś przyczepić, ale… zawiodłem się.

  • Kod Da Vinci – najpierw książka a potem film, które wywołały niemałe kontrowersje. Poszedłem do kina właśnie po to, żeby zobaczyć to, o czym każdy mówi – podobno nawet księża na kazaniach. Zawiodłem się sromotnie. Cała “zagadkowa” fabuła polega na tym, że bohaterowie rozwiązują kilka zupełnie idiotycznych łamigłówek, a potem pojawia się Gandalf i tłumaczy całą Wielką Tajemnicę (która w sumie nie jest taka wielka).

    Niby ładne, niby nieźle nagrane, niby momentami ma niezły klimat… ale coś w tym jest nie tak. Byłem w kinie i ledwo dociągnąłem do końca, potem próbowałem w telewizji i nie dałem rady.

    Warto przy tym dodać, że jakiś czas później powstał sequel, “Anioły i Demony”, który jest przykładem świetnego filmu przygodowego z historycznymi zagadkami w tle.

  • Matrix: Reaktywacja – to chyba wszyscy znają. Czekaliśmy bardzo długo na drugą i trzecią część świetnego Matriksa. No i… nie były fajne. Daleki jestem od twierdzenia, że to filmowe koszmarki. Nie są złe. Ot, trochę walk, trochę głupich elementów fabuły dodanych bez sensu. Nawet da się oglądać bez zgrzytania zębami, ale… po legendzie, jaką zbudowała część pierwsza, to po prostu zmarnowanie potencjału.

    Matrix miał szansę stać się dziełem kultowym po wsze czasy, a stał się dziełem nieco obciachowym. Szkoda, bardzo szkoda.

  • Tomb Raider, Max Payne, Hitman – grupowo, bo mamy do czynienia z tym samym sposobem profanowania legendy. Z kultowych gier zrobiono filmy klasy B. Gdyby bohaterowie nazywali się inaczej to pewnie oglądalibyśmy to jak sobotnie odmóżdżacze na Polsacie. Ale jeśli znamy te historie w oryginale, to… auć.

    Te trzy wymienione wyżej są ułożone w kolejności od najlepszego. W przypadku Tomb Raidera profanacja była średnia a film nie był taki zły. Ot, kiczowata wersja Indiany Jonesa. Max Payne już gorzej, ale trzymał nieco noirowy klimat. Zmieniony scenariusz i drętwe aktorstwo przypominało jednak denny kryminał na video. Hitman to tragedia na kółkach – z kultowej gry zrobiono film a’la Steven Seagal, tylko gorszy.

Tyle na dziś, wyżyłem się troszkę. Podobnych tytułów jest więcej, ale zatrzymałem się teraz, żeby w tytule było “10″.


© 2009-2012 playr. Traktowanie bloga serio grozi kalectwem.