W czwartek na Social Media Day odbyła się fenomenalna konfrontacja blogerów i dziennikarzy. Fenomenalna z kilku powodów. Raz, że blogerzy przegrali. Dwa, że dziennikarze wcale nie wygrali. Trzy, że z jednej strony dyskusja toczyła się bardzo chaotycznie i nikt z sali nie wiedział o co chodzi, ale z drugiej strony chyba wreszcie zrozumiałem, z czym dziennikarze mają problem.
Ale po kolei. Dlaczego blogerzy przegrali? Powód jest prosty: dziennikarze stanęli murem i mówili jednym głosem, a każdy z uczestników po drugiej stronie (Maciek Budzich, Jacek Gadzinowski, Artur Kurasiński i Kominek) miał do wszystkiego indywidualne podejście i mówił tylko i wyłącznie za siebie. Efekt był taki, że dziennikarze sprawiali wrażenie statecznych ludzi o przemyślanych poglądach, a blogerzy momentami pieniaczy, którzy nie bardzo wiedzą czego sami chcą i wewnętrznie są ze sobą sprzeczni.
Dyskusja była też strasznie chaotyczna i tak naprawdę w pewnym momencie chyba nikt nie wiedział, kto komu co zarzuca a kto z czego się tłumaczy. Zarzuty dziennikarzy bywały mętne (twierdzili, że reklama na blogach czasem jest zła, ale nie potrafili zdefiniować kiedy i tak dalej). Blogerzy momentami też zdawali się czepiać nie wiadomo czego (zwłaszcza Jacek “Rock Star” Gadzinowski, który miał według mnie spory udział w przegranej blogerów).
Zrozumiałem jednak jedną rzecz, której chyba blogerzy na sali nie zrozumieli, bo gdyby zrozumieli, toby się jej mocno uczepili i wygrali. W wypowiedziach dziennikarzy pojawiali się oni, naczelny, korekta, wydawca, dział sprzedaży… ale nie pojawiał się czytelnik. W ogóle.
Zarzucali blogerom np. brak wewnętrznej kontroli, brak zasad, który może doprowadzać do kontrowersyjnych sytuacji jeśli chodzi o niezależność. Jako przykład podawali Blogomotive, u którego w komentarzach nawet stali czytelnicy zauważają, że sponsoring BMW zaczyna im przeszkadzać.
No i w tym momencie miałem ogromny żal do blogerów, że nie pociągnęli tego tematu! Przecież właśnie o to chodzi! Zobaczcie: bloger zaczyna robić coś, co może być nie tak i natychmiast – niemal automatycznie – jest to wyłapywane przez jego czytelników a nawet innych blogerów (Maciek Budzich podczas swojej prezentacji też wspominał o Blogomotive w tym kontekście)! A co wtedy?
Wtedy bloger traci renomę. Renomę, którą “uciułał”, zbierając czytelników jednego po drugim. To genialny system weryfikacji. Bloger piszący na czymś, na czym się nie zna, nie zyska popularności – bo zostanie zweryfikowany przez czytelników. Bloger musi zbudować markę. Potknięcia są wyłapywane.
Z drugiej strony mamy dziennikarzy, którzy – co w tym momencie staje się logiczne – potrzebują metod wewnętrznej kontroli. Bo nie kontrolują ich czytelnicy. Gdybym ja dziś napisał analizę rynku motoryzacyjnego w Polsce, to prawdopodobnie za chwile bym został zmieszany z błotem, bo się na tym nie znam. Jak nie tu, w komentarzach, to na Facebooku. A jak dziennikarz napisze artykuł i porobi w nim błędy to co? Można napisać list do redakcji. Ekstra.
Przykład tego, że dziennikarze zupełnie nie zrozumieją idei równości z czytelnikiem, pojawił się nieoczekiwanie podczas samej debaty. Po stronie klasycznych mediów siedział Andrzej Skworz, redaktor naczelny Press. Pojawił się oczywiście temat niesławnego artykułu o blogerach w jego magazynie.
Chodziło – gdybyście nie wiedzieli – o to, że pani dziennikarka z Press postanowiła napisać artykuł o sprzedajnych blogerach. Z tezą założoną z góry: blogerzy się sprzedali. Wzięła trochę wypowiedzi, opisała je narracyjnie w odpowiedni sposób i wyszło na to, że blogerzy to sprzedajne dziwki a do tego prosto w twarz kłamią mówiąc, że to nieprawda. Zainteresowani oczywiście się oburzyli i odpowiedzieli na swoich blogach.
Andrzej Skworz na zarzuty odpowiadał tak, że Press wydaje już od 15 lat, artykuł był na 40 stronie, był zgodny ze standardami a w ogóle to jak się coś nie podoba, to znaczy, że blogerzy mają problem.
Powiem w ten sposób: gdyby ten tekst napisał bloger, to nie byłoby do pomyślenia, żeby odpowiedział na konstruktywną krytykę czytelników w ten sposób. Ale dziennikarze po prostu tego nie widzą i nie rozumieją. W prasie nie ma systemu komentarzy, prasa nie jest weryfikowana przez czytelników i nagle w sytuacji, w której czytelnicy – Kurasiński, Budzich i tak dalej – zaczynają komentować, to dostają kopa w tyłek, bo “o co im w ogóle chodzi”.
Blogi i dziennikarstwo nie stanowią dla siebie konkurencji – zawsze to powtarzam. Spełniają inne potrzeby. Bloger nie jest takim “dziennikarz-wannabe”, a niestety cały czas się to pojawia: miałem nieodparte wrażenie, że redaktorzy próbują “wcisnąć” chłopaków w swoje dziennikarskie zasady. Blogerzy przegrali bo zamiast powiedzieć: “stop, my tu nie pasujemy, mamy swoje własne normy” (i opowiedzieć o nich), dali się wciągnąć w “zabawę” i tłumaczyli, dlaczego nie mają kolegium redakcyjnego i nikt ich sprawdza.
A ważne jest co innego. Dziennikarze są weryfikowani “z góry” – przez kolegów, naczelnego, wydawcę. Bloger jest weryfikowany oddolnie – przez czytelników. Czytelników, których sam zebrał i z którymi sam ustalił zasady. Czytelników, którzy znajdą każdy przejaw nieuczciwości i na niego zareagują. Nikt nie wydał kasy, żeby wypromować nasze blogi. Nikt nie wrzucił nas na billboardy. Nasze “być albo nie być” zależy od czytelników.
Jesteś blogerem. Nie oznaczysz odpowiednio reklamy? Dostaniesz kopa. Nie napiszesz, że testowany sprzęt dostałeś od firmy? Dostaniesz kopa. Będziesz wrzucał zbyt dużo materiałów sponsorowanych? Pogrożą ci palcem. Zrobisz jakąś ogromną wtopę? Po tobie.
Jesteś dziennikarzem. Zrobisz cokolwiek z tych rzeczy – Press o tobie napisze, bo “od 15 lat śledzi rynek mediów”. Playr ma pięć razy więcej użytkowników niż oni nakładu.
P.S. Wszystkich zarzucającym blogerom sprzedajność – a’propos artykułu w Press – proponuję podać jeden przykład korupcji wśród blogerów. W prasie czy telewizji takie rzeczy raz na jakiś czas wypływają. Serio, niech ktoś ujawni jakąś machloję zrobioną przez czołowego blogera w tajemnicy przed czytelnikami.
Blog wyświetla się teraz w zwężonej wersji. Żeby korzystać z wszystkich funkcji, powiększ okno przeglądarki.


