Byłem na TRON: Legacy w IMAX 3D. W zasadzie miałem w planach trochę poczekać, aż ucichnie wrzawa wokół filmu, ale znajomi piali z zachwytu – to poszedłem. Efekt jest taki, że mimo, iż film bardzo mi się podobał, to w zasadzie… zawiódł mnie na niemal każdym polu. Poniżej szybka recenzja – bez spoilerów, bo w zasadzie spoilerować nie ma co.
Zacznijmy od plusów. Po pierwsze – bardzo dobre 3D. Nie wiem, czy ja mam coś z oczami, ale to jest pierwszy film w tej technologii, przy którym nie miałem wrażenia, że trójwymiarowy obraz mi “mruga”. Najgorzej było na “Avatarze”, gdzie nie bardzo wiedziałem, na czym się skupić. W TRON to wszystko jest na tyle subtelne i nie na siłę, że przestaję myśleć o tym, że oglądam film 3D.

Druga sprawa: muzyka. Naprawdę dobra, klimatyczna muza jest w tym filmie. Ścieżka jest raczej z tego gatunku, której nie warto kupować na płycie, ale w filmie komponuje się super. Podobnie było z “The Social Network” – kupiłem soundtrack (na szczęście był tani), ale mimo, że w filmie brzmi świetnie, to osobno kompletnie do mnie nie przemawia. Ale wracając: muzyka bardzo na plus.
Trzecia kwestia: klimat. TRON ma całkiem niezły, specyficzny i oryginalny klimacik. Co ciekawe, Ola ostatnio napisała, że “wszystkie geeki co drugą scenę miały orgazm” – ja tego nie odczułem. To znaczy, nie mam w tej chwili na myśli konkretnie orgazmu, tylko jakiegoś wyjątkowo geekowego klimatu. Dzień wcześniej oglądałem “Scott Pilgrim vs The World” i to było coś – jeżeli ktoś nie jest komiksowo-gierkowym nerdem, to nie będzie wiedział o co chodzi. W przypadku TRON jakoś szczególnie tego nie zauważyłem.
Po czwarte: Olivia Wilde i Beau Garrett. Jakieś pytania?

Teraz minusy. Klimat jest ok – jak pisałem – ale… nuży się. No dobra, wszystko super, ale ileż można oglądać ludzi w skórzanych strojach z niebieskimi i czerwonymi światłowodami biegających nocą po szklanych budynkach? Długo, ale pod warunkiem, że są Olivią Wilde. A w tym filmie są też inne postaci (chcę to podkreślić, bo mogliście nie zauważyć).
Druga sprawa: fabuła. Pisałem na początku, że nie będzie spoilerów, bo nie ma czego spoilerować. Fabuła jest w zasadzie pretekstem do pokazania masy efektownych scen. Ja wiem, że tak ma być. Wiem, że to kino rozrywkowe jest. Skoro jednak jedynym gatunkiem efektownych scen w tym filmie jest rozbijanie szklanych powierzchni przez świecących ludzi nie zawsze będących Olivią Wilde, to oczekiwałbym, że fabuła będzie chociaż trochę zaskakująca i nieprzewidywalna. Nie jest.
Trzecim minusem jest… zawód, jaki mi ten film sprawił. To trochę inna kwestia, bo nie do końca dotyczy jakości samej produkcji. Po prostu po trzech latach promowania tego jako wielkiego, epickiego wydarzenia spodziewałbym się czegoś więcej, niż fajnego filmu w 3D. Podobnie po zapowiedziach znajomych, którzy twierdzili, że TRON rzutem na taśmę ma szansę zostać filmem roku w miejsce “Incepcji” czy “The Social Network“.
Nie żałuję kasy, którą wydałem na TRON w 3D (a bilety do IMAX tanie nie są, zwłaszcza w niedzielę – nie wiem dlaczego, to jakieś święto?). Z drugiej strony, poza Beau Garrett oprowadzającą głównego bohatera po klubie, nie bardzo mogę wymienić jakąś scenę, którą w filmie zapamiętałem, bo jakoś wyjątkowo urwała mi głowę. Ot, po prostu – pokaz czerwonych i niebieskich laserów na czarnym tle. Przez dwie godziny.
Jeśli chcecie obejrzeć, to tylko w kinie, w 3D. Jeśli planujecie czekanie na DVD czy nawet Blu-ray, to równie dobrze możecie obejrzeć sobie poniższy trailer 40 razy a potem obejrzeć trochę zdjęć Olivii Wilde – w zasadzie wyjdzie na to samo. TRON jest bowiem trochę jak efektowny, ale przydługi teledysk do bardzo fajnej muzy. Niby jest bit, fajne światełka, ładne dziewczyny… ale teledysk to teledysk ;)
Blog wyświetla się teraz w zwężonej wersji. Żeby korzystać z wszystkich funkcji, powiększ okno przeglądarki.


