“Być jak Steve Jobs” to książka Leandra Kahneya, wydana niedawno w naszym kraju przez Znak. Jak nietrudno zgadnąć, opowiada ona o charyzmatycznym założycielu Apple, co jednak nie oznacza, że jej treść nie będzie dla wielu zaskakująca.

Sięgając po książkę nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać. Tytuł sugerował mi raczej “fanbojskie” podejście do Steve’a jako do guru i autorytetu. Opis wydawcy – wprost przeciwnie, mówił raczej o “słynnych” wadach Jobsa. Obie wersje nie nastrajały mnie szczególnie optymistycznie, bo ani nie miałem ochoty czytać samych ochów i achów, ani nie chciałem zetknąć się z podejściem “napiszmy, że Steve to burak, żeby było kontrowersyjnie”.
Po przeczytaniu kilkunastu (czy kilkudziesięciu) pierwszych stron okazało się jednak, że zostałem miło zaskoczony. Przez całą książkę autor stara się być neutralny, nie demonizuje Jobsa, ale też nie wychwala pod niebiosa. Nie pomija jego wad, jednocześnie nie odmawiając mu należytego miejsca w historii.
Sama książka koncentruje się de facto na historii Apple – a ta jest oczywiście nierozerwalnie powiązana z Jobsem. Mamy sporo ciekawych wydarzeń z historii, autor porusza różne kwestie osobowości, strategii, życiowej drogi Steve’a. Są też tematy poboczne – w tym cały (bardzo dobry) rozdział poświęcony Jonowi Ive.
“Być jak Steve Jobs” czyta się lekko i przyjemnie, ale pozycja ma trzy podstawowe wady. Pierwszą z nich jest zakończenie każdego rozdziału. Jakiś inteligent zbyt dosłownie potraktował tytuł i w podsumowaniu postanowił zrobić ramkę “Nauki Steve’a” (sic!), która w kilku zdaniach, w formie “przykazań”, streszcza to co przed chwilą przeczytaliśmy. Grafomańskie to raczej i trąci sekciarstwem.
Drugą sprawą jest wiedza potencjalnego czytelnika. Tu miałem podobny problem jak podczas czytania “Inaczej niż w raju” Bartka Skowronka. O ile ja znam w dużej części historię Apple czy też nazewnictwo poszczególnych modeli, to inni ludzie – niekoniecznie. A autor nie “leci” chronologicznie, ale raczej “skacze”. Raz jest mowa o powrocie Steve’a do Apple, raz o najnowszych wydarzeniach (wtedy – premiera iPhone), raz o premierze iPoda… Osoba, która nie jest obeznana w tym wszystkim pewnie się pogubi. A książka jest przecież adresowana nie tylko do fanów, ale też do ludzi, którzy nie pamiętają, czym się różnił iBook od PowerBooka.
Trzecią kwestią jest pewien… brak logiki. Książkę czyta się fajnie, jest interesująca, ale tak naprawdę nie bardzo wiemy, na jakie pytania chce odpowiedzieć autor. Po prostu opowiada on o Jobsie aż do wyczerpania tematu. Efekt jest taki, że po przeczytaniu nie zauważyłem żadnego logicznego ciągu treści. O ile dla mnie to mała wada, to już dla osób niekoniecznie interesujących się historią Apple może to być istotne.
Jeżeli chodzi o polskie wydanie, to jest bardzo fajne. Miękka okładka, porządne wykonanie. Jedyne, do czego bym się przyczepił, to miejscami tłumaczenie – znalazłem kilka wypowiedzi Jobsa, które znałem w oryginale (z nagrań, prezentacji itd.) i widać, że tłumacz chyba nie bardzo znał kontekst. Przekład jest poprawny, ale nie zawsze dość dobrze oddaje sens oryginału.
Podsumowując – książka mi się podobała. Czytało się fajnie, jest interesująca i ciekawie napisana. Niestety, wbrew zapowiedziom, czytanie jej będzie trudne dla bardzo początkujących “applowiczów” (przede wszystkim przez brak chronologii). Tak czy siak – 30zł to na tyle mało, że “Być jak Steve Jobs” jest jak najbardziej pozycją wartą swojej ceny.

