Przez długi czas byłem wiernym i zadowolonym klientem korzystającym z Gelaskinów. W końcu jednak postanowiłem spróbować czegoś innego – głównie dlatego, że naklejki zwyczajnie szybko mi się nudziły, a najbardziej podobał mi się wygląd… nieoklejonego iPhone ;) Wybór mój padł więc na Invisible Shield.
Co to za ustrojstwo? No cóż, to taka folia, którą okleja się cały telefon. Ma bardziej “skomplikowany” kształt niż Gelaskin, bo składa się z kilku elementów, które dokładnie chronią telefon – łącznie z zaślepką na przycisk Home czy srebrną ramkę dookoła (sic!). Nietrudno się domyślić, że jestem zadowolony, skoro kupiłem też IS na MacBooka ;) Ale po kolei.
Sama folia jest świetnej jakości. Pierwsze skojarzenie – to “glutowate” coś, czym przyklejane są płyty DVD do gazet, tylko jakby mocniejsze. Folia jest “giętka”, łatwo zmienia kształt (w przeciwieństwie do Gelaskina), a po wbiciu w nią paznokcia ślad szybko znika.

Jak wyglądało samo zakładanie? Inaczej niż przy Gelaskinach. Tu dostajemy w zestawie Specjalny Płyn (podejrzewam, że to woda ;)), który rozpryskujemy na powierzchni odlepionej naklejki. Potem ją przykładamy, dopasowujemy i za pomocą specjalnej “tacki” usuwamy spod spodu kuleczki powietrza i nadmiar płynu. Potem zostawiamy wszystko do wysuszenia.
Sposób jest super, bo pozwala na wielokrotne odklejanie i naklejanie, bez żadnych problemów – zwłaszcza, że elementów jest sporo. Po naklejeniu wszystkiego i odczekaniu ok. 24h do pełnego wysuszenia (żeby nie było żadnych śladów) całość wygląda genialnie. Na pierwszy rzut oka – lepiej niż telefon bez folii, bo materiał, z którego jest zrobiony IS nie “zbiera” odcisków palców :) Na drugi rzut oka – widać krawędzie folii, ale trzeba się mocno przyjrzeć. Ogólnie – super.
Zadowolony, po parunastu dniach kupiłem też Invisible Shield na MacBooka Air. Szukałem od dawna jakiegoś sposobu na wszelkiego rodzaju syf, który się na nim gromadzi podczas intensywnej pracy. Kurz, odciski paluchów, zaschnięty pot… No cóż, to moje główne narzędzie pracy.
Po raz kolejny jestem w pełni zadowolony. Wersja “macbookowa” IS pozwala na oklejenie całego laptopa z zewnątrz i dolnej części po otwarciu (łącznie z trackpadem). Tu było jednak trochę trudniej – polecam ostrożne odlepianie naklejek, bo przy ich rozmiarze łatwo je pokleić ze sobą.
Oprócz tego, że brakuje mi trochę nalepy naokoło ekranu, to jest super. Wprawdzie byłem nieco zaniepokojony śladami, które pojawiły się po “zainstalowaniu” całości w kilku miejscach, ale – zgodnie z instrukcją – zniknęły one po 24 godzinach. Bardzo zaskoczyło mnie to, że po “ofoliowanym” gładziku jeździ się palcem… lepiej niż przed tym zabiegiem.

A ślady? Zgodnie z tym, czego się spodziewałem, nie mam już problemów z uwalonym MacBookiem, a błyszcząca folia nadaje komputerowi bardzo fajny wygląd :)
Warto też nadmienić, że o ile w przypadku iPhone wszystko było ok, to folia na Air była gdzieniegdzie średnio dopasowana – dziury na podstawki są nieco krzywo, a te na śruby w ogóle nie pasują. Dziwne, ale nie przeszkadza za bardzo.
Invisible Shield to nie produkt dla każdego. Kosztuje swoje – za oklejenie całego sprzętu zapłaciłem w sumie jakieś 250zł. Wszystko zależy od tego, na ile ważne jest dla Was dbanie o sprzęt, na ile przeszkadzają Wam ślady spoconych łapek na “karoserii” i ile możecie zapłacić za to, żeby Wasz sprzęt po paru miesiącach intensywnego użytkowania nadal był “jak nowy”.
Osobiście – polecam :)
P.S. Zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony Invisible Shield. Wbrew temu, co widać na obrazku, folia wewnętrzna MacBooka Air sięga aż po górną krawędź topcase, a nie tylko do linii klawiatury :)





