Jeszcze w nawiązaniu do ostatniej afery, ale bardziej ogólnie. Jak to jest z tym braniem odpowiedzialności za treść w internecie?
Pierwsza rzecz, którą należy zrozumieć, to to, że internet to inne medium, niż jakiekolwiek dotąd. Bardziej zasadne jest porównywanie całości “starych” mediów (prasa, telewizja, radio) do nowych (internet, czyli fora, blogi, portale itd.), niż porównywanie internetu np. do prasy.
Najważniejsza różnica jest w tworzeniu treści. Tutaj “stare” media różnią się tylko w szczegółach. Wszędzie ci “ważniejsi” (dziennikarze etc.) generują treść, a ci “na dole” (czytelnicy, słuchacze) odbierają ją, nie mając możliwości zareagowania. W internecie jest zupełnie odwrotnie – publikować może każdy, niezależnie, czy jest profesjonalistą, czy amatorem – praktycznie na równych zasadach.
To oczywiście wspaniała idea, coś, czego nigdy nie było… Ale musimy się pogodzić z tym, że jeżeli każdy może publikować na równych zasadach, to może to robić również półgłówek. W internecie obowiązuje czysta aż do bólu zasada głosu ludu – jeżeli ktoś gada od rzeczy, to zostanie odrzucony przez społeczność. Chyba, że to społeczność gadających od rzeczy – wtedy odwrotnie ;)
W internecie obowiązuje polskie prawo. Jeżeli mamy to do czegoś porównać, to raczej do ogromnego miasta, a nie do gazety czy radia. Jeżeli ktoś napisze sprayem na płocie coś, co obrazi głowę państwa, to zapewne obowiązkiem właściciela płotu będzie zamalowanie tego, ale nikt nie zamknie go do więzienia. Jeśli na ulicy ktoś powie, że polityk Iksiński to pacan, to nikt go nie aresztuje – chyba, że sam Iksiński zaskarży go o zniesławienie w miejscu publicznym ;) A już na pewno do pierdla nie trafi właściciel terenu, na którym ów obywatel obrażał Iksińskiego. W gruncie rzeczy dokładnie tak jest w Sieci.
Internet to zupełnie inny świat, w którym podróż ze strony amerykańskiego New York Times do strony polskiej gazetki regionalnej trwa kilka sekund. Gdzie każdy może publikować anonimowo lub pod pseudonimem, kiedy tylko ma ochotę. Gdzie można porozmawiać z człowiekiem oddalonym o setki kilometrów, albo w grupie ludzi, którzy nawet nie mają pojęcia, jak wygląda reszta.
Daje to oczywiście ogromne możliwości, ale jednocześnie sprawia, że jak na dłoni widać wszystkie społeczne grzeszki ludzkości. Sprzeczki, kłótnie, bluzgi, obraźliwe komentarze. Mamy w tym momencie dwa wyjścia – albo ocenzurować cały internet, albo się z tym pogodzić, traktować z dystansem i nauczyć się oddzielać ziarno od plew. O ile to pierwsze jest całkowicie absurdalne, to to drugie już dość logiczne.
(foto)





