Kominek napisał, Grzesiek napisał – to i ja napiszę, ale trochę inaczej. Trochę wsadzę kij w mrowisko. Bo choć oczywiście niezmiennie jestem “za”, jeśli chodzi rozwijanie polskiego rynku reklamy na blogach, to nie podzielam opinii wielu blogerów, że jest super, cudownie, a winę za wszelkie zło ponoszą niemądrzy reklamodawcy. Dlatego dziś napiszę o minusach reklamy na blogach.
Plusy znają wszyscy. Że mniej użytkowników, ale za to aktywni, zaangażowani, lepiej stargetowani. Ale zastanówmy się, czy zawsze ma to znaczenie?
Taki przykład. Mam sklep internetowy. Sprzedaję kosiarki. Moim celem jest znalezienie 10 klientów, którzy kupią produkt. Mam do wyboru – portal internetowy z masą użytkowników i blogera, z mniejszą ich liczbą, ale za to aktywną i super stargetowaną. Ceny u obu podobne. Wybieram obie.
Efekt? Z portalu weszło mi 10 000 użytkowników, z czego jeden na tysiąc kupił kosiarkę. Sprzedałem 10 kosiarek. Blog, zgodnie z obietnicą, miał dużo lepsze statystyki konwersji – aż jedna na 10 osób kupiła kosiarkę. Problem w tym, że w sumie było ich 100, więc również sprzedałem 10 kosiarek.
Podsumowanie? Za tę samą cenę portal zaoferował mi to samo co blog, dodatkowo dając jeszcze traffic w postaci ludzi, którzy kiedyś może wrócą, szukając kosiarki. Mimo super jakości użytkownika na blogu, wcale nie wyszło to tak fajnie. Bloger ceny nie zmniejszy, bo żeby było to opłacalne, musiałby sprzedawać reklamę za grosze (co krytykują Grzesiek i Kominek).
No dobra, a co, jeżeli nie chcę sprzedać kosiarek, tylko zdobyć zasięg? Blogi nie mają aż tak dużej współoglądalności, jak portale. Każdy z nich dociera do malutkiej grupy odbiorców, ale razem, na zasadzie “długiego ogona” docierają bardzo daleko. Problem w tym, że jeśli chcemy faktycznie osiągnąć spory zasięg, to musielibyśmy kupić reklamę na bardzo dużej ilości blogów – a każdy bloger chce sobie zarobić, więc koszta takiej kampanii będą ogromne. Jeden ogromny wydawca może obniżać ceny, ale bloger jest w tym zakresie dość ograniczony. Przecież nie będzie sprzedawał bardzo tanio, żeby potem narzekać, że reklamodawcy nie rozumieją blogosfery i mało płacą.
Okej, to może efekt wizerunkowy? No cóż… Do zrobienia fajnej, blogowej akcji wymagane jest sporo czasu i wysiłku, żeby zaangażować czytelników. To jednak nie wszystkie problemy. Blogi mają względnie mały zasięg, więc przy sporej ilości takich “akcji” lepiej zrobić oryginalną kampanię na portalu, niż oryginalną kampanię na blogu. Do tego za blogerami nie stoją wielkie koncerny. Agora, Bauer czy ITI mogą zaoferować szeroki zasięg “medialny” w postaci prasy, internetu, radia… Blogerzy nie mogą.
No dobra, to czy blogi w ogóle nadają się do reklamy? Jasne. Na przykład do reklamy małych firm, celujących w bardzo konkretny target. Albo do długich, zaplanowanych, będących częścią większej akcji działań PR, tak jak to zrobiło Agito z Maćkiem Budzichem. Ale nie do wszystkiego.
Problem jest po obu stronach. Owszem, u reklamodawców, którzy nie rozumieją, że “reklama na blogach” to nowa kategoria, tak jak “prasa”, “radio” czy “telewizja”, która nie powinna być traktowana jako alternatywa do reklamy na portalach… ale również u blogerów. Niektórzy z nas trochę zachłysnęli się własną wspaniałością, a “winą” za minusy blogowego marketingu obarczają… marketingowców, którzy rzekomo nie rozumieją, nie dostrzegają, nie mają pomysłu, patrzą tylko na odsłony, są przywiązani do “przestarzałych” form reklamy, boją się ryzykować, ogólnie – są kretynami, bo nie kochają nas tak, jak my siebie kochamy.
Nie chcę wywołać flamewaru, dlatego po raz kolejny podkreślam, że nie jestem przeciwnikiem reklamy na blogach – wręcz odwrotnie. Proponuję jednak, żeby blogerzy skupili się na blogowaniu, a nie na podkreślaniu i “imputowaniu” innym swojej rzekomej “lepszości” od innych form reklamy, innych mediów, zawodowych dziennikarzy i całego świata :)
P.S. W komentarzach do podlinkowanego na początku wpisu Kominka jest też sporo ciekawych opinii. Ja akurat, “na przekór”, starałem się patrzeć na to od strony reklamodawcy, możecie poczytać.





