…ale nie do końca w znanym nam znaczeniu. “Mini” kojarzy się bowiem głównie z netbookiem – małym i tanim komputerem, maks 9-10 cali. A ja bym nie chciał takiego “okruszka”, no i nie zależy mi na tak niskiej cenie – bo ona z reguły jest osiągana kosztem jakości i szybkości sprzętu. Nie, żeby to jakaś totalna kupa była – ale raczej nie ma co porównywać z aluminiowym unibody MB ;)
Więc co w zasadzie bym chciał? No to tak: bierzemy obecnego MacBooka (aluminioweg0). Wywalamy z niego napęd optyczny i montujemy baterię na stałe (jak w MBP 17″ albo MBA). Uzyskaliśmy trochę miejsca – zmniejszamy więc komputer do, powiedzmy, 11,3 cala, obcinając boki klawiatury i przybliżając klawisze nieco do siebie (gdyby obecną odległość między klawiszami zmniejszyć o 1/3, to w efekcie całkiem sporo byśmy zyskali). Jak zostanie jeszcze trochę miejsca, to dajemy jak największą baterię ;)
Ok, powiedzmy, że udało się to wszystko jakoś w środku sensownie rozplanować. Co dostajemy? Niewielkich rozmiarów laptop, wielkościowo mniejszy od jakiegokolwiek MacBooka. Grubszy od MacBooka Air, ale za to obdarzony wszelkimi potrzebnymi portami i pojemniejszą baterią. Bez napędu, z prawie-pełnowymiarową klawiaturą, do tego szklany gładzik znany z nowych MB.
Szybkościowo zbliżony do obecnych MB, czyli do normalnego używania – demon prędkości ;) Jak dla mnie – marzenie :)





